Część I : Polska-Gibraltar
Autor: Piotrek K.
Witamy po powrocie, cóż wszystko co fajne kiedyś się kończy.
Czas na podsumowanie zysków i strat,
czas na foty i relację którą w końcu sami Wam obiecaliśmy .
Nasza leniwa ekipa
ruszyła wreszcie swe cztery litery i postanowiła napisać małe co nieco. Jako że
na wenę twórczą czekać już nam nie pozwalacie w fotograficznym
skrócie skrobnę jak to z
tą Europą było.

Owego piątku wreszcie zaświeciło słońce, ekipa gotowa do wypadu; Piotrek C. zużył ostatnie moje dziesięć metrów drutu do finalnego omotania swego bagażu, Artur z Aśką również deklarują swoją gotowość po czym stwierdzają że zapomnieli paszportu, ja zaś waham się czy w ogóle mamy tam jechać .



Pierwszy postój i tankowanie w Cieszynie, lecimy dalej,
Czechy, miało być tranzytowo i szybko- nie było, miały być dwie kontrole
policyjne w niespełna pół godziny- i były. Miały być również dokumenty Artura i
Aśki- no i były zakopane gdzieś w czeluściach ich zgrabnego tobołka. Niezłe
miny mieli ci policmajstry konfrontując cel naszej wyprawy z osiołkami które
rzekomo miały nas tam dowieść ale jako że cel uświęca środki lecimy dalej.
Austria – 4,5 euro winiety, Piotrek C. w ferworze walki gubi
swoją tożsamość narodową w postaci flagi, którą jeszcze kilka godzin temu tak
skrzętnie troczył do swego moto.


Pierwszy nocleg zliczamy właśnie w Austrii gdzieś w okolicach Villach, pogoda dopisuje, Aśka wyjmuje rarytasy skrzętnie dozując dawki gdyż resztę musimy zachować na afrykańskie przypadłości żołądkowe. Piotrek C. wyjmuje AUTO ATLAS- fajny!!!???

Kolejny dzionek to już Italia niestety pogoda pokazała pazury, nasza trasa wiodła przez Alpy w kierunku jeziora Garda, można by odnieść wrażenie że całe te kłębowisko chmur pełne cieczy pełznie również w tamtym kierunku obdarowując nas bezustannie tym co miało najcenniejsze.

Zrezygnowanie i rozczarowani docieramy wreszcie do Gardy, miało być kolorowo i wakacyjnie a było do ... , zimno mokro. Wyobraźcie sobie rozkładanie namiotów z resztą tego całego mokrego chaosu w błotku, deszczu i braku widoków na lepsze jutro.

Bądź co bądź Italia pokazała nam wreszcie swe cieplejsze oblicze jest i legendarna Vespa są włoskie lody no i oczywiście jesteśmy my.


Jezioro Garda to największe i najczystsze jezioro tego kraju położone w północnej jego części w pobliżu Alp Adamello i Trydenckich. Fajna baza na wypoczynek, jednak czas i chęć zobaczenia troszkę większej -liguryjskiej wody -gonią nas dalej. Wreszcie Genua i zapierający dech w piersiach widok na błękit morza liguryjskiego, my jednak nie zabawiamy tu dłużej gdyż jeszcze dziś troszkę ambitniejszy cel przed nami -księstwo Monaco.

Monako to po Watykanie drugie najmniejsze niezależne państwo
świata leżące w obrębie riviery Francuskiej u podnóża Alp. Słynie głównie z
portu jachtowego i kasyna w Monte Carlo.
I w tym to właśnie słynnym kasynie zabawiła się czwórka
naszych skromnych podróżników, a radości nie było końca gdy orżnęliśmy ich na
całe 60 eurasów.



Radość towarzyszyła chyba również tym z F1 kiedy intensywnie
gumowali po tamtejszych uliczkach trzy tygodnie wcześniej.
Monte Carlo robi niezłe wrażenie, przepych, perfumy, styl,
kasa, bryki , lans i my zarośnięci upaprani ale realni. Bogate kamienice
wlepione w zbocza skał, malownicze ogrody
palmowe,zatoka pełna jachtów za
milion dolców, rolls -royce ,ferrari czy
bentley to jest właśnie Monaco. Warto ten cyrk zobaczyć.

Spieprzamy stamtąd ponieważ mam wrażenie że wygranej nawet na waciki tutaj nie starczy.
Wyjazd z miasta prowadzi wykutymi w podziemiach tunelami a dzięki mojej super -duper navi spenetrowaliśmy je od kuchni.



Granicę włosko -francuską pokonaliśmy na jakiejś alpejskiej przełęczy a oczom naszym ukazały się przepiękne widoki górskie , tunelom i winklom nie było końca. Francja sprawiała wrażenie kraju tak jakby bardziej poukładanego oprowadzając nas po urokliwych małych miasteczkach. Tutaj również postanowiliśmy zatankować wbrew ostrzeżeniom chłopaków z forum w niedzielę. Dalsza podróż była możliwa dzięki miłej kobitce która udostępniła nam swojej karty paliwowej.


Następne dni to Lazurowe Wybrzeże i przypiekanie boczków na tamtejszych plażach, konkurencję zdominował jednak Piotrek C. a ja urodzony by leżeć szukałem cienia by przeżyć.

Temperatura wciąż rosła i wreszcie Hiszpania.
Tym razem po moich niechlubnych wyczynach pilota wycieczki w
Monako, rolę głównego navigatora przejął Artur -na efekty długo nie musieliśmy
czekać.....



Naszą trasę wytyczyliśmy wzdłuż wybrzeża morza śródziemnego odwiedzając tym samym Costa Brava, Costa del Sol, Costa Blanca. Mimo iż plaże te należą do najpopularniejszych w Europie mieliśmy wrażenie że mamy na nie wyłączność.


Jeżeli ktoś z Was gustuje w ciszy i świętym spokoju niezmąconym sprzedawcami jagodzianek i parawanami skutecznie utrudniającymi ruch we wszelakim kierunku polecamy termin połowy czerwca. Woda już cieplutka a plaże jeszcze puste, no i taniej.




Pewni polscy tirowcy spotkani gdzieś w okolicach Valencji żartowali nawet że o tej porze roku to w morzu tylko Polacy i Rosjanie siedzą. Stwierdzili również że rejony dalej na południe Hiszpanii są dziwne i niebezpieczne i na razie to tyle. Hiszpania swoim stylem przypomina Polskę, wiele tutaj jeszcze brakuje do takich państw jak Francja, Austria czy Włochy, pozytywnym tego jednak aspektem jest większa swoboda której nie ograniczają durne zakazy. Jednak to tylko moje subiektywne odczucia.



Austria, Francja, Włochy to ogromne połacie plantacji winorośli w Hiszpanii zaś noclegi w gajach mandarynkowych, szkoda tylko że na mandarynki było jeszcze za wcześnie, cóż nadrobiliśmy pomarańczami w Portugalii, ale o tym napisze Artur w opisie drogi powrotnej.


Tym czasem gaje mandarynkowe w tle i tanie wino na pierwszy plan. Jak widać Asia jeszcze nie dowierza że będziemy to pić. Dobre i to :) . Aśka tak dozowała nasze wcześniejsze trunki na afrykańskie przypadłości żołądkowe że po pierwszych dwóch wieczorkach nic już nie zostało. Jedziemy dalej, przed nami tablica- Wjazd w region zwany Andaluzją.

Artur ustawia navi na góry Sierra Nevada. Tej przygody chyba żadne z nas nie zapomni. Nasza trasa wiedzie przez dziki i wyludniony krajobraz tych gór. Żar z nieba, potężne góry majaczące z lewej strony, pusta szosa i my. Pasmo te składa się głównie z formacji skalnych, kamienia, żwiru i bardzo ubogiej roślinności. Jadąc mieliśmy wrażenie pokonywania amerykańskich high way-ów w stylu rout 66. Krajobraz rodem z dzikiego zachodu, masa winkli, puste drogi i ten nie miłosierny upał- poparzyłem przedramiona- następne dni zaleceniem doktor Aśki był długi rękaw i maści wcierane obficie. W rejonie tym znaleźliśmy również nocleg, była to stacja benzynowa, po tej nocy Joanna stwierdziła że był to jej najlepszy nocleg w całej wyprawie. No drogie dziewczyny, która z Was potrafi tak jak ona? Stawiam bronka.


Uwierzcie lub nie stacja była najlepszym co mogliśmy w tej chwili wymyślić. Kilka godzin wcześniej rozbiliśmy namioty na polanie w/w górach w sąsiedztwie opuszczonych ruin domu. Właśnie tam mogła by być najlepsza z wszystkich naszych dotychczasowych met.

Warkot silnika podjeżdża harley, ponury typ wchodzi w teren pobliskich opuszczonych zabudowań, po 10 min. odjeżdża. Rozbijamy namioty, zmierzch, znów jakiś samochód terenowy- służba leśna? Pytamy, patrzy ponuro, nic nie gada, obserwuje, odjeżdża- dziwne. Pichcimy żarcie, godzina 22 takie zadupie, a tu znów ktoś nadjeżdża- van, przyciemnione szyby, ładuje się na łączkę na której mamy namioty. Wyskakuje jakiś pół murzyn i do mnie, gadam z nim oficjalnie, pyta kto my i po co? Pytam czy możemy się tutaj rozbić, nie odpowiada, wskakuje na miejsce pasażera jeszcze jakiś czas oślepiając nas światłami samochodu, po czym odjeżdżają z piskiem opon. Polscy tirowcy ostrzegali nas właśnie przed tymi rejonami Hiszpanii. Szybka decyzja, pakowanie i w 5 min. już nas nie ma. Miałem wrażenie że następne odwiedziny będą mniej przyjazne dla nas. Faktycznie w czasie kiedy zmierzaliśmy w kierunku głównej szosy, godzina 23:30 w lusterku około 3km z tyłu dostrzegliśmy samochód ładujący się na miejsce naszego wcześniejszego pobytu. I tak to nasi włóczędzy przekimali resztę nocy na stacji w bezpiecznym sąsiedztwie polskiego tira. Nie potrafiliśmy później znaleźć rozsądnego uzasadnienia tych nocnych wizyt, dziwni ludzie, dziwne intencje. Artur przytoczył później motyw przypadków z tych rejonów, wyczytany na forum o kartelach narkotykowych, przerzutach z Afryki oraz ich kryjówkach w tych dzikich i wyludnionych terenach. I tak to pełni wrażeń, przeżyć, wyczerpani podróżą i oszołomieni krajobrazami docieramy do angielskiego miasta przy cieśninie zwanego Gibraltarem.

Jest granica, jest policja brytyjska w swoich charakterystycznych czapeczkach i jest Afryka którą stamtąd mogliśmy już dostrzec. To marokańskie góry Riff majaczące gdzieś tam około 25km za cieśniną.




Artur pisał o niesamowitym wrażeniu bycia w Hiszpanii, za 5min. w Anglii, a za nie całe 35min. w Afryce, bo tyle właśnie trwa podróż promem. My jednak opuszczamy Gibraltar bo stąd ceny za prom dość wysokie. Udajemy się do pobliskiego hiszpańskiego miasta portowego Algeciras. I znów jaja, gubimy się, Artur, Aśka i Piotrek C. pojechali, ja zostałem na światłach i w korku, jest około 18:30. Szukam znaków na port, podjeżdżam, pięciu gości przy bramie instruuje mnie gdzie mam postawić moto i gdzie kupić bilet- twierdzą że w porcie kasy pozamykane już od godziny. Panowie, szukam przyjaciół na dwóch moto, a oni nadal swoje. Tak, chłopaki na forum też o was pisali, pomyślałem. Jedynka gaz do oporu, sprzęgło i z piskiem gumy walę prosto w nich w kierunku bramy portowej. Artur, Aśka i Piotrek już na mnie czekali pod kasami portowymi, które oczywiście były otwarte.


Cena za moto plus kierowca version open 105 eurasów, zdziercy, 35min. rejsu, kolega Tomek wpław by to zrobił. Około 20:30 wyjeżdżamy z ładowni promu na ląd afrykański to jednak jeszcze Hiszpania, a dokładnie hiszpańskie miasto Ceuta, pozostałość z czasów kolonialnych. Latarnie uliczne, chodniczki, palmy, samochody jak u nas, ład i porządek, już nie długo moi drodzy, już nie długo, zmierzamy do granicy hiszpańskiej Ceuty z Marokiem i tutaj przekazuje pałeczkę Asi.
Pozdrawiam Piotrek K.